piątek, 4 stycznia 2013

Narty w Zieleńcu



TPostanowiliśmy zrobić sobie krótki wypad na narty. Padło na Zieleniec. Jesteśmy tu pierwszy raz i  miłe zaskoczenie. Przede wszystkim duża ilość śniegu, dobre warunki do szusowania, miły pensjonat " Pod Orlicą" z pysznymi śniadaniami i miłą obsługą......Podczas kiedy moi koledzy łupią koncerty noworoczne w Operze Bałtyckiej - ja wypoczywam w pięknych okolicznościach przyrody na południu Polski. I to jest niewątpliwie zaleta mojego zawodu. Muszę się przyznać ,że to pierwszy raz ,kiedy nie znalazłam się w obsadzie koncertu i to mnie bardzo cieszy. Nie mam nic przeciwko koncertom. Irytują mnie jedynie próby do niego ,które odbywają się między świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem. Blokują jakąkolwiek możliwość wypadu na dłuższy pobyt w tym okresie....

Tosia jest przeszczęśliwa . Ja już po 2 godzinach szusowania mam dosyć , ale nie moje "jajeczko".

TOSIA
Jej bezzębna buzia ( właśnie zmienia stomatologiczny garnitur ) jest cały czas uśmiechnięta więc mimo że kolanka wysiadają , zaciskam zęby i próbuję dotrzymać jej kroku. Natomiast moja "druga połówka"...... została opętana "białym szaleństwem". Jak on to wytrzymuje?! 5 do 6 godzin na stokach!  Po zabiegu artroskopii kolana ! Obliczyliśmy, że pokonuje łączną trasę 23 km dziennie. Jestem pełna podziwu dla kondycji mojego faceta. Jutro ostatni dzień szusowania .

No i musiało do tego dojść! Konfrontacja moich  umiejętności narciarskich. Grześ zaproponował, żebym raz przejechała się najdłuższą trasą "Szarotką". Jazda na górę gondolą, piękne widoki...... Ładnie brzmi....a jakże złudnie. Nie dodał, że trasa jest "czerwona"! Ja swoje umiejętności oceniam na "niebieską". No i się zaczęło ! Jadąc na górę gondolą zastanawiałam się ,czy po prostu nie zsiadać z niej i zjechać  z powrotem na dół. Niestety  nie byłam w niej sama ....No dobrze myślę sobie, trzeba obrać jakąś taktykę. Najlepiej taką ,żeby przeżyć ten cholerny zjazd. Wysiadłam, rozejrzałam się za jakimś ustronnym miejscem, nerwowo wypaliłam "cieniasa" i .....raz kozie śmierć - ruszyłam !
Szło mi nawet nieźle, gęba mi się uśmiechnęła ,bo adrenalina zrobiła swoje . W połowie trasy MULDA!
Wywaliło mnie na  tyłek, obróciłam się na nim wokół własnej osi jak na bowlingu ,przewróciło mnie na brzuch i uda, narty w górze ,ręce przede mną ,wrzeszcząc zgarniałam śnieg otworem gębowym jak koparką.....w końcu się zatrzymałam......Odkopałam gałki oczne ze śniegu. Nieśmiało rozejrzałam się wokół ,czy nie daj Boże miałam jakichś świadków mojej porażki....O!!.. Niedaleko ode mnie powtórka z rozrywki na  osobniku płci męskiej !  EE... no może mniej spektakularnie....Ale jak się nie ma co się lubi....  Wspaniale!  Nie jestem jednak samotna w moich zmaganiach :).
Odpoczęłam chwilę i ruszyłam dalej.Wyobraźcie sobie, że udało mi się dojechać do stacji dolnej w całości. Grześ zarobił baty i skruszony wymasował mi obolałe....wszystko! A co !







ZIELENIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz